Gostyński Uniwersytet III Wieku

Archiwum kategorii: spacery.

301 Moved Permanently

301 Moved Permanently

The requested resource has been assigned a new permanent URI.


Powered by Tengine/1.4.2

Lis

22

Chociaż szaro i ponuro, to warto…

Autor: Biderman Aleksandra

Późna jesień, środa 22 dzień listopada 2017 roku. Wokół szaro i ponuro, a do tego krople padającego deszczu. Pomimo tego, warto wyjść z domu.  To w trosce o zwiększenie  odporności, która jest szczególnie ważna. Ale także, by pobyć razem, porozmawiać i pośmiać się. Na spotkanie przyszło dziesięć pań. W biurze zatrzymałyśmy się na dłuższą chwilę z myślą, że przestanie siąpić. W tym czasie przejrzałyśmy leżącą na stole prasę, wydawaną przez „UTW do granic.” Można znaleźć tam dużo interesujących artykułów traktujących o zdrowiu seniora. Było dużo śmiechu podczas czytania żartów, dowcipów zamieszczonych  na kartkach kalendarza, które przyniosła Ola. Maria przeczytała słowa piosenki „Urzędnicy Pana B.” Magdy Czapińskiej, a Jadzia zaprezentowała wiersz „Nie jestem sama” Haliny Poświatowskiej. Poprzednio na nasze spotkania Tadeusz przynosił za pazuchą kilka swoich utworów, wyjmował i czytał sam lub prosił Halinę albo Olę. Były to w chwile wytchnienia, odpoczynku na polanie w lesie lub biurze. Wiersze przepojone miłością do Ojczyzny i piękna obserwowanej przyrody. Obecnie trochę choruje i nie było go z nami ale był jego wiersz.  Przeczytałyśmy „Drobinę szczęścia”:

Mnie tak niewiele
Do szczęścia potrzeba
Zdrowia, spokoju
Błękitu nieba
Wiatru wolnego
Co w polu wieje
Co mi przywraca
Nadzieję.

Wszystkie życzyłyśmy naszemu Przewodnikowi, żeby ta nadzieja go nigdy nie opuszczała. Życzenia do domu zaniosła mu żona.
W teren wyruszyłyśmy z godzinnym opóźnieniem, pod parasolami. Pierwsze kroki robiłyśmy ulicą Mostową. Doszłyśmy do skrzyżowania i świateł. Po przeciwnej stronie rowu, na miejscu gdzie była mleczarnia powstaje galeria. Popatrzyłyśmy jak posuwają się prace przy jej budowie. Przeszłyśmy na ulicę Starogostyńską. Spacerując zauważałyśmy zmiany wokoło. W lesie przyroda posmutniała, szaro i ponuro, opadają ostatnie liście z usypiających drzew. Zaciekawiło nas, co było przyczyną, że akacje rosnące wzdłuż rowu przy ulicy Leśnej miały zielone liście, jakby oparły się zmianom. Leżało tam jeszcze dużo połamanych drzew i grube drągi przygotowane do wywózki. Na ulicy Polnej przez chwilę obserwowałyśmy zabawy wróbli, które znalazły sobie schronienie w okienku budynku ekspedycji śruty rzepakowej. Mijałyśmy silosy ze zbożem, nowoczesne traktory i cysterny z nawozami w płynie firmy „Toral”. Doszłyśmy do ulicy Zachodniej. Stasia i Ela miały okazję po raz pierwszy przespacerować się tą drogą. Skręciłyśmy na rondo, które łączy tę ulicę z Leszczyńską. Alejką przy blokach doszłyśmy do baru „U Franka”. Tam zakończyłyśmy naszą wyprawę. Spacerując starymi i nowymi ulicami pokonałyśmy 6 km.

Spacer  i kawa wypita z przyjaciółmi w jesienny dzień był dla nas źródłem radości.

Tekst Maria Ratajczak
Zdjęcia Aleksandra Biderman

Lis

8

Listopadowy spacer i nie tylko

Autor: Biderman Aleksandra

Jest druga środa miesiąca 8 listopada 2017, a więc czas na spacer. Zbieramy się jak zwykle w biurze. Jest nas 8 osób, w tym koleżanka Stasia, która po raz pierwszy dołączyła do naszej grupy spacerowej. Towarzyszy nam jeszcze siostra Eli z UTW Kościan, która przyjechała do niej w odwiedziny. Trasę tak wybieramy, aby zdążyć na spotkanie u burmistrza na godz. 12.00. Pogoda chłodna, pochmurna (chociaż meteorolodzy obiecali słońce), ale nas to nie przeraża.

Idziemy ul. Polną i podziwiamy wyremontowany wreszcie na całej długości chodnik. Następnie na ul. Leśnej wspominamy smak upieczonych, w foli cieplutkich jabłek, które przyniosła Ola na jeden ze spacerów w minionych latach i które konsumowaliśmy w ogródeczku przy torach kolejowych. Po dojściu do ul. Starogostyńskiej na skraju lasu koleżanki zbierały kolorowe, zielone, żółte i brązowe liście spadające z drzew i już po drodze robiły z nich piękne różyczki. Idąc lasem po drugiej stronie robimy zdjęcia na tle „złotych”, młodych brzózek i sentymentalnie „szuramy” nogami po leżących liściach. Po dojściu do Poznańskiej idziemy jeszcze kawałek do ul. dojazdowej na plac  cukrowni by dojść do ul. Cukrowniczej. Tu podziwiamy wielorodzinny dom  zbudowany w uroczym zakątku wśród drzew w kształcie litery „L” z pięknie i praktycznie urządzonym obejściem. Pobyt w tym miejscu dokumentujemy również zdjęciami. Dalej ul. Fabryczną i Lipową dochodzimy do Muzeum i jako drugi cel zwiedzamy wystawę twórczości Ireneusza Komisarka, mieszkańca naszego miasta. Podziwiamy i umiejscawiamy pokazane na obrazach miejsca dawnego Gostynia, piękne pejzaże, martwą naturę, akty i główny temat jego prac, czyli konie, które galopują z rozwichrzonymi grzywami, czy dostojnie prezentują wspaniałą uprząż. Z portretu towarzyszy nam przy zwiedzaniu sam dyrektor Muzeum Robert Czub. Obrazy pana Komisarka prezentowane są na wystawach w kraju i zagranicą we Francji. Stanowią również ilustracje do książek miejscowych twórców. Po nasyceniu wzroku pięknem oglądanych obrazów opuszczamy mury Muzeum i udajemy się do ratusza, aby zaliczyć trzeci punkt naszego  spacerowania i dowiedzieć się jak realizowana jest „Polityka senioralna w gminie Gostyń”. Bardzo miło i ciekawie spędziliśmy czas i za jednym wyjściem załatwiliśmy trzy sprawy. Jeszcze tylko sprawdzenie krokomierza, który wykazał, że przeszliśmy 6,5 kilometra.

Tekst i zdjęcia  Maria Wujek

 

Paź

25

Nasze miasto Gostyń

Autor: Biderman Aleksandra

25 października 2017 r., godz. 9.00. Dziś w planie spacer i rajd rowerowy. Jak to czasem, niestety bywa, pogoda sprawiła psikusa. Pada sobie deszczyk. Nie ulewa, ale siąpi regularnie i o jechaniu rowerem nie ma mowy. Rajd rowerowy więc nie wypalił. Natomiast spacerowicze stawili się przed czasem, co prawda w mniejszej grupie, bo zaledwie 7 osób, ale w myśl słów hymnu: „Niestraszny dla nas śnieg czy mróz…” opuszczamy biuro. Nadal same panie, nasz rodzynek troszkę choruje, musi jeszcze wydobrzeć.

Zaopatrzone w parasole, ruszamy w Polskę, tę najbliższą, naszą. Zaczynamy od biblioteki, gdzie na piętrze oglądamy III edycję wystawy „Kraina mlekiem i miłością płynąca”. Podziwiamy cudowne zdjęcia państwa Cyprianów: mamy karmiące piersią swoje maluchy, niektóre w otoczeniu starszych dzieci i mężów. Po wyjściu z biblioteki idziemy ulicą Wrocławską. Na wysokości Podgórnej wchodzimy w ulicę Energetyka. Zaglądamy w ogródki, gdzie ostatnimi barwami jesieni mogą się pochwalić dalie, róże i chryzantemy. Równiutko przycięte zielone krzewy i drzewa oczekują śniegowych białych czap. Pod nogami szeleszczą żółto-zielono-brązowe liście. Po prawej stronie ulicy drogowskaz: ul. Ślusarska. Rozbłysły od deszczu asfalt ulicy rozdziela się na dwie dróżki, które na razie prowadzą w łąki. Jeśli jest ulica to z pewnością są już projekty zagospodarowania tego terenu. Dalej idąc ulicą Nowe Wrota mijamy resztki Gostyńskiej Fabryki Mebli. Niedługo wszystko zostanie rozebrane i w tym miejscu powstanie market z dużym parkingiem.

Zahaczamy o rynek. 4 dni temu była rocznica rozstrzelania 30 obywateli Ziemi Gostyńskiej. Pod pomnikiem złożone są świeże wieńce polskich i niemieckich delegacji. Poległych upamiętniają wielkie tablice zawierające ich zdjęcia, nazwiska i funkcje, jakie pełnili.

W muzeum w sali wystaw czasowych oglądamy wystawę fotograficzną „Polacy na Żytomierszczyźnie wczoraj i dziś”. Zasiedlanie spustoszonych przez najazdy tatarskie terenów dzisiejszej Żytomierszczyzny zaczęło się w końcu XIII wieku i trwało przez kilka następnych stuleci. Żyło się tutaj Polakom dobrze. Po II rozbiorze Polski (1793) tereny te znalazły się pod władzą imperium rosyjskiego. Polacy pozbawieni zostali wszelkich praw. Poddano ich procesowi wynarodowienia. Aby przywrócić swą wolność brali udział w powstaniach listopadowym i styczniowym. Najgorsze czasy dla Polaków nastąpiły po rewolucji bolszewickiej: deportacje do Kazachstanu, egzekucje bez wyroku, głód, nędza. Wszystko to pochłonęło miliony ofiar. Tragiczne były też lata 1939-1943. Dopiero z chwilą odzyskania przez Ukrainę niepodległości zaktywizowało się środowisko polskie. Powstały organizacje Polaków, czynne są trzy kościoły katolickie, klasztor benedyktynek, dwie świątynie o znaczeniu ogólnokrajowym. W 1991 papież Jan Paweł II mianował biskupa w Żytomierzu. Po 2000 roku powstało Polskie Towarzystwo Naukowe, wydaje się gazetę dwujęzyczną, powstał Dom Polski, Studencki Klub Polski, w sobotnio-niedzielnych szkółkach dzieci uczą się języka polskiego. Powstają polskie zespoły folklorystyczne, w szkołach i na uczelniach wprowadzany jest stopniowo język polski, na razie tylko fakultatywnie. Przyznaję, że do tej pory niewiele wiedzieliśmy o Polakach na Żytomierszczyźnie, pozwoliłam więc sobie nieco dłużej opisać ten temat.

Dalsza nasza wędrówka to kościół św. Małgorzaty. Pięknie wyglądają odnowione ołtarze boczne. Ten główny, ukryty w głębi, czeka z utęsknieniem na swoją kolej. Na filarach zawisły nadstawki ołtarzowe drewniane, w kolorze ławek, z relikwiami ojca św. Jana Pawła II, z relikwiami dzieci fatimskich, z votami dziękczynnymi. Idziemy jeszcze na górę do kaplicy św. Anny, gdzie w ciszy oddajemy się modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Wychodząc z Fary uwieczniam na zdjęciu piękny witrażyk Matki Boskiej Częstochowskiej znajdujący się w kruchcie. Przechodzimy przez bramę i kierujemy się w prawą stronę. Po przejściu kilku metrów zatrzymujemy się. W obrębie kościoła, ogrodzona niskim płotkiem stoi kolumna, na której jeszcze tak niedawno była figura św. Małgorzaty, patronki kościoła. Miłośnicy gostyńskiej Fary obawiali się, że ze względu na stan techniczny kolumny i ruch samochodów, figura św. Małgorzaty może spaść i ulec całkowitemu zniszczeniu. W czasie demontażu figury okazało się, że nie była ona w żaden sposób przymocowana do kolumny, tylko swobodnie na niej stała. Zestawiono ją więc z kolumny i przewieziono do Pracowni Konserwacji Zabytków dr, hab. Piotra Niemcewicza w Toruniu. Zakres prac dotyczy usunięcia farb, uzupełnienia ubytków i konserwację. Wstępny termin ich wykonania to styczeń przyszłego roku. Przyjdziemy zobaczyć wtedy doprowadzoną do pierwotnego stanu figurę św. Małgorzaty.

Pozostało nam jeszcze wypicie gorącej kawy. Tym razem udajemy się (przechodząc przez kilka ulic wokół rynku) do „Zaczarowanej Piwnicy”, lokalu w Rynku. Trzeba zejść po schodkach, żeby znaleźć się w bardzo przyjemnym, jasnym wnętrzu, z przewagą koloru białego. Siadamy cała siódemką przy jednym stoliku, zamawiamy kawę, herbatę ciasto dnia (marchewkowe). Jest miło.

Pomimo tego, że kręciliśmy się dziś tylko po Gostyniu, licznik Marii Wujek pokazał prawie 5 kilometrów. Deszcz pada nadal. Przewodnikiem była dziś Maria Wujek i troszkę ja.

Tekst i zdjęcia Aleksandra Biderman

 

Paź

18

Razem zdrowiej!

Autor: Biderman Aleksandra

Dnia 18 października 2017 roku, o godz. 9.00, dwunastoosobową grupą w spacerowej przyjaźni, wyszliśmy z biura. Słoneczko przygrzewało coraz mocniej, wysychały kropelki rosy z trawy i duże krople zwisające przy prętach płotów i bram. A my maszerowaliśmy ulicami: Mostową, dalej Starogostyńską, przed hutą skręciliśmy do lasu. Szło się tam wygodniej, a przy tym spadały na nas wirujące, żółte i brązowe liście. Doszliśmy do basenu i weszliśmy do środka.

Kryta pływalnia „Na Fali” była jednym z celów naszego spaceru. Poszliśmy  tam nie po to, by się kąpać, ale zobaczyć co znajduje się pod basenem. Maria N. już wcześniej umówiła nas z dyrekcją OSiR-u na tę wizytę. Basen gostyński jest nowoczesnym obiektem sportowo-rekreacyjnym. Wymaga właściwej eksploatacji i konserwacji obiektów. Większość z nich znajduje się w pomieszczeniach pod zbiornikiem wodnym. Pan Zbigniew Kordus, dyrektor OSiR i pan Jarosław Biliński, gospodarz obiektu i stadionu, poświęcili swój czas, aby pokazać nam, studentom UTW, wszystkie urządzenia.

Zeszliśmy na dół, pierwsza jest siłownia. Ta wyposażona jest w sprzęt renomowanych marek, do treningu siłowego taki jak, rowery elektromagnetyczne, hantle, sztangi i wiele innych. Oprócz tego w siłowni znajduje się sprzęt do treningu kondycyjno- wzmacniającego.

Panowie otworzyli następne drzwi, które prowadziły do działu technicznego. Wrażenie na nas zrobiły filtry, ich wielkość i ilość, które służą do wymiany powietrza i ogrzewania, to centrala wentylacyjna, a zadaniem jej jest zapewnienie żądanych parametrów powietrza w pomieszczeniach, odpowiedniej temperatury, wilgotności i czystości powietrza. Widzieliśmy, a nawet mogliśmy dotknąć pięciu olbrzymich obiegowych filtrów piaskowych, ponieważ woda pod basenem, brodzikiem, zjeżdżalnią krąży tą drogą. Zobaczyliśmy stację dezynfekcji wody, obserwowaliśmy w jaki sposób mierzy się ilość chloru w wodzie. Przeszliśmy do następnego pomieszczenia, centralnego zmiękczania wody, znajdowały się tam też opakowania soli do systemów jej uzdatniania. Obok była kotłownia, w niej dwa piece gazowe. Wszędzie mierniki regulacji mocy, ciśnienia. Wszystkie urządzenia
z certyfikatami restrykcyjnego przestrzegania bezpieczeństwa. Bardzo wszystkich zaciekawił odkurzacz podwodny, który może pracować samodzielnie pod lustrem wody, uruchomiony przemieszcza się tak długo po dnie, aż wszystko wyczyści. Widzieliśmy jeszcze wiele innych, ważnych urządzeń, o których pan Zbigniew i Jarosław z sercem i troską nam opowiadali, podkreślając ich cenę.

Obowiązkiem dyrekcji jest administrowanie obiektami oraz urządzeniami sportowymi i rekreacyjnymi. Z pięćdziesięcioosobowym personelem czynią starania, aby zapewnić właściwą eksploatację obiektów, by przed przybyciem pierwszego klienta na basen o godzinie 6 rano, było wszystko gotowe. W imieniu nas wszystkich Ola podziękowała za bardzo miłe przyjęcie i pokazanie basenu „od kuchni”.

Dla ochłody smakosze zafundowali sobie lody i udaliśmy się w dalszą drogę w kierunku Stankowa. Przechodząc pod wiaduktem, weszliśmy do lasu. W zaciszu leśnym na polance słońce wręcz przypiekało. Trzeba było zdjąć kurtki. Szliśmy wolnym krokiem po dukcie. Jedne panie rozglądały się za grzybami, inne obserwowały nitki i pajęczynki  wytworzone przez pajączki, którymi oplatały drzewa. Tak doszliśmy do ulicy Leśnej. Dalej przez osiedle Tysiąclecia, by zatrzymać się w restauracji „U Franka” na kawie. Jadzia miała ostatnio  imieniny, poczęstowała nas dobrymi cukierkami i upieczonymi ciasteczkami. Żeby było jeszcze weselej czytaliśmy żarty zamieszczone na kartkach z wyrywanego kalendarza. Na tym złoto-jesiennym spacerze przeszliśmy 6 km. Tak wykazał krokomierz.

tekst  Maria Ratajczak
zdjęcia: Aleksandra Biderman, Halina Spichał, Maria Wujek

 

Paź

11

Jesienny spacer

Autor: Biderman Aleksandra

A za oknami jesień – młodopolska dama
w woalu szaromglistym przechadza się sama,
umarłe drzewa żegna, zwiędłe liście liczy
– pamiątki snu o lecie, minionych słodyczy… (Anna Maria Kowalczyk, „Andrzejki”)

                    W takim nostalgicznym nastroju grupa licząca 14 pań wyrusza 11 października 2017r. na spacer. Wydaje się, że lada chwila spadnie deszcz, kilka osób dzierży w dłoniach parasolki. Nikogo to jednak nie zniechęca. Wychodzimy z biura Zarządu GUTW, przecinamy ul. Powstańców Wlkp. i wspinamy się ul. Młyńską, by po chwili dojść do ul. Sikorskiego. Im bardziej oddalamy się od centrum miasta, tym więcej zauważamy oznak jesieni. Przydomowe ogródki pozbawione są kolorowych kwiatów, zebrano warzywa, zakopano grządki, żółte liście na bujnej zieleni trawników wyglądają jak barwny dywan. Niektóre domy otoczone są niczym ścianą zwartą zielenią iglaków.

            Dochodzimy do ul. Podgórnej. Dalsza trasa wiedzie ulicą, której tak naprawdę jeszcze nie ma; zaczyna się od ul Podgórnej i jest równoległa do ul. Wrocławskiej i ul. Górnej. Nazywa się ul. Dolna. Schodzimy z chodnika i podążamy prowizoryczną ścieżką wyłożoną betonowymi płytami. Z lewej strony mijamy zaplecza domów stojących wzdłuż ul. Wrocławskiej. Poruszając się po tej głównej wylotowej w kierunku Krobi ulicy miasta, nie zdajemy sobie sprawy, że za domami rozciąga się szeroki pas zieleni z sadami, ogródkami, porośnięty trawą, wznoszący się łagodnym zboczem aż do ul. Górnej. Po krótkim czasie kończy się betonowy pas, idziemy teraz wąską, czasem dość śliską i grząską po niedawnych opadach ścieżyną. Kilka pań zbiera ostatnie jesienne kwiatki, trawy, układając oryginalne bukiety.

                  Ola „poluje” na różne kolory jesieni. Wbrew pozorom okazuje się, że jest ich sporo i da się z „upolowanych” okazów ułożyć barwny album, do którego komentarzem mogą być słowa Antoniny Zachara-Wnękowej: „Przekwitły najpiękniejsze kwiaty. Zaróżowiły się drżące osiny. Sczerwieniały korale jarzębin i liście czeremchy. Krzaki polnych róż zamieniły kwiaty na purpurowe dzbanuszki głogu. Śliwy i jabłonie zrzucają z gałązek brązowe i pożółkłe liście na leżące pod nimi owoce, które spadły, zerwane przez wiatr.”

       Przy ulicy, która na razie jest w planie, zaczynają wyrastać nowe domy. Z ich okien będzie się roztaczał widok na zielone zbocze do czasu, aż nie zasłonią go domy wybudowane po drugiej stronie ulicy. Tak obserwując otoczenie, dochodzimy do ul. Wielkopolskiej. Spoglądając w kierunku ul. Wrocławskiej, odnosimy wrażenie, że stoimy na skoczni narciarskiej i że zaraz nad naszymi głowami pojawi się skoczek, który „wyląduje” na łące po drugiej stronie ulicy. Idziemy jednak w przeciwnym kierunku czyli wspinamy się ul. Wielkopolską. Mijamy kondensownię, dochodzimy do Brzezia. Jednorodzinne domy jak i całe posesje są tutaj bardzo okazałe, zadbane, otoczone różnorodnymi krzewami i drzewami.

Ale prawdziwa uczta dla oka czeka nas w centrum ogrodniczym Nowackich. Ta pora roku to czas chryzantem. Przechadzamy się wśród stołów zastawionych doniczkami kwiatów: od białych, przez bladozielone, kremowe, rude, fioletowe do ciemnobordowych. Na innych stołach leżą wiązanki i stroiki przeznaczone na groby – wkrótce Wszystkich Świętych i Święto Zmarłych.

Nasz spacer powoli zmierza ku końcowi. Dochodzimy do ul. Strzeleckiej. Szpaler przydrożnych drzew ma jeszcze bujne zielone korony, ale wśród nich prześwitują żółte i rude liście. Mijamy uroczy stawek pokryty zieloną rzęsą. W pewnym obejściu dostrzegamy zabudowania porośnięte dzikim winem, którego liście zaczynają nabierać ciemnopąsowego koloru.

Tradycyjnie zakończenie spaceru odbywa się w barze „U Franka”, ale tym razem nie poprzestajemy na wypiciu kawy/herbaty. Dziś raczymy się pyszną golonką po bawarsku. Nie był to co prawda najdłuższy spacer: zrobiłyśmy „zaledwie” 13000 kroków (a więc z nawiązką wykonałyśmy dzienną normę), przeszłyśmy 10 km i spaliłyśmy 515 Kcal, więc zasłużyłyśmy na coś smakowitego.

Następne spotkanie już za tydzień.

Relacja Halina Spichał
Zdjęcia Aleksandra Biderman