Gostyński Uniwersytet III Wieku

Archiwum z miesiąca: Kwiecień, 2015.

301 Moved Permanently

301 Moved Permanently

The requested resource has been assigned a new permanent URI.


Powered by Tengine/1.4.2

Kwi

25

Lusowo, Szamotuły, Stęszew

Autor: Biderman Aleksandra

Celem dla 50-osobowej grupy z GUTW były 25 kwietnia 2015 r. te trzy miejscowości. Wycieczkę zorganizowało Muzeum w Gostyniu. Wyruszyliśmy o godz. 7.30. Robert Czub, prowadzący, opowiedział nam o celu naszej podróży zaznajamiając nas z obiektami, które będziemy zwiedzać i przytoczył najbardziej istotne sprawy, na które musimy zwrócić uwagę.
Pierwszy przystanek to Muzeum Powstańców Wielkopolskich imienia Generała Józefa Dowbora Muśnickiego w Lusowie, gmina Tarnowo Podgórne istniejące w budynku przy ulicy Ogrodowej 1 od grudnia 2008 roku. Czekając na przewodnika pana Michała Kępińskiego podziwialiśmy w holu portrety królów polskich. Pierwsza sala muzeum poświęcona była powstaniu, a w szczególności powstańcom wielkopolskim: sztandary, ściany zapełnione biogramami powstańców, archiwalne zdjęcia, wycinki z gazet, ordery, kartki powstańcze wysyłane do rodzin, książeczki wojskowe i inne dokumenty. Pan Kępiński następnie zaprowadził nas na piętro budynku, gdzie przedstawieni byli Wielkopolanie biorący udział w walce o niepodległość w latach 1919-1920. Walczyli w obronie Lwowa, w armii niemieckiej na frontach I wojny światowej. Były zdjęcia z wizyty Piłsudskiego w Poznaniu, zdjęcia z I wojny światowej na ziemiach polskich, mundury żołnierskie. Trzecia sala w całości poświęcona została generałowi Dowbor Muśnickiemu oraz tragicznym losom czwórki jego dzieci.
Z Lusowa udaliśmy się do Szamotuł, by poznać dzieje miasta zwiedzając Muzeum Zamek Górków, gdyż taką nazwę nosi to muzeum od 1990 roku. Zwiedzanie rozpoczęliśmy z panią przewodnik od piętra zamku. Najpierw była sala balowa z pięknymi meblami, obrazami, piecem kaflowym ręcznie wyrabianym, potem sala rycerska, salonik Pani, gabinet Pana. Muzeum posiada również blisko 1200 ikon z różnych pracowni na świecie i należy do najbardziej zróżnicowanych artystycznie w Polsce. My mogliśmy zobaczyć jedynie część wystawionych dzieł. Kolekcja robi wrażenie. Mieści się ona w tzw. Sali Gotyckiej. Jej początki sięgają 1994 roku, kiedy to Muzeum zaczęło otrzymywać obiekty sztuki cerkiewnej zatrzymane przez służby celne przemytnikom. Od stycznia 1999 roku, kiedy Muzeum stało się jednostką organizacyjną podległą Starostwu Powiatowemu w Szamotułach przestało otrzymywać ikony z Urzędów Celnych. Kolekcja powiększa się teraz dzięki zakupom własnym, darowiznom, wypożyczeniom długoterminowym. Baszta Halszki z XV wieku na czterech  kondygnacjach przedstawia dzieje miasta od czasów najstarszych aż do 1945 roku. Jedna z sal poświęcona jest Halszce, księżniczce Ostrogskiej, która w niej mieszkała przez 14 lat.
Opuszczamy Szamotuły. W Stęszewie pani przewodnik, studentka stęszewskiego UTW pokazuje nam historię miasta zaklętą w przedmiotach codziennego użytku. Zapoznajemy się z historią cechów, bractw kurkowych, szkolnictwa, powstania wielkopolskiego, podziwiamy ręcznie wyszywane sztandary. W hali wystaw czasowych możemy obejrzeć wystawę: „Szkło, porcelana i emalia przez wieki” ze zbiorów stęszewskiego pasjonata historii Zbigniewa Tomaszewskiego.
Coś dla ducha było, czas na coś dla ciała. Wstępujemy do restauracji na obrzeżach miasta. Każdy zamawia dla siebie to, co lubi. Posileni, zadowoleni i bogatsi w dostarczona nam wiedzę jedziemy do domów. Przed 17.00 jesteśmy na miejscu. Dziękujemy Robertowi Czubowi za organizację ciekawej wycieczki.
Relacja wycieczki Aleksandra Biderman
Zdjęcia Zbigniew Kosiński, Ola Biderman

Kwi

22

Spotkanie z księdzem Isakowiczem

Autor: Biderman Aleksandra

22 kwietnia 2015 roku gościliśmy wspólnie z Gostyńskim Towarzystwem Historycznym w wypełnionej po brzegi auli ZSO księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Jest to trzecie spotkanie w tym roku akademickim dotyczące mordów dokonanych na Polakach na Wołyniu.
Tadeusz Isakowicz urodził się w Krakowie. Ojciec był filologiem, matka polską Ormianką, polonistką. Obecnie jest proboszczem ormiańsko-katolickiej parafii południowej z siedzibą w kościele Trójcy Świętej w Gliwicach. Jego hobby to historia. Pisze książki popularno-naukowe. Interesuje go szczególnie temat kresów wschodnich, ludobójstwo dokonane na Ormianach, Żydach i innych narodowościach.
Przybliżył konflikt polsko-ukraiński, który rozpoczął się powstaniem we Lwowie (zwycięskim zresztą), w którym wzięli udział bardzo młodzi ludzie, stąd ich nazwa „orlęta lwowskie”. W wyniku tego zwycięstwa Lwów został miastem polskim. Dwa lata później musiał znowu walczyć, tym razem z armią Siemiona Budionnego. Oglądamy zdjęcie rodzinnej wsi Tadeusza Isakowicza, która rok później została spalona oraz Wołynia bogatego w urodzajne gleby.
Ksiądz Isakowicz przybliża nam sylwetki przywódców ukraińskich nacjonalistów: Stefana Bandery oraz Romana Szuchewycza, który ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za rzeź wołyńską. Bandy UPA od 9 lutego 1943 roku wymordowały na Wołyniu około 60.000 Polaków. Mordowali w nocy, w dzień wracali robić zdjęcia. W przygotowaniu jest film pt. „Wołyń” Zbigniewa Smarzewskiego, którego niektóre kadry mogliśmy dzisiaj zobaczyć. Mordowanie Polaków odbywało się w ten sposób, że najpierw podpalano we wsi stóg. Był to znak dla „siekierników”, ukraińskich chłopów, którzy wpadali do wsi z siekierami i w okrutny sposób mordowali wszystkich. Po nich rabownicy zabierali to, co jeszcze mogło się przydać, później podpalano całe wsie. Muzykę do tego filmu napisał Krzesimir Dębski. Jego dziadkowie i rodzice pochodzili z tych stron. Kiedy 11 lipca 1943 roku bandy zaatakowały kościół w Kisielinie, jego ojciec został ranny. Podczas ataku na kościoły: w Wińniowcu – zginęło 450 osób, w Podkamieniu – 650.
24 kwietnia mija 100 lat od ludobójstwa Ormian dokonanego przez Turków. Zginęło wówczas 1,5 miliona osób.
Relacje polsko-ukraińskie zawsze były trudne. Musimy mówić o ludobójstwie, bo oczekują tej prawdy rodziny pomordowanych. W niektórych miejscach rzezi stawiane są tablice pamiątkowe, krzyże, niekiedy bez żadnego napisu. Doły śmierci, do których wrzucano pomordowanych ludzi dopiero teraz doczekały się odkrycia, na razie są to pojedyncze przypadki.
Ktoś z publiczności zapytał o herb Ukrainy. To trójząb (z dynastii Jagiellonów). Flaga Ukrainy ma niebiesko-żółty kolor (niebieskie niebo nad żółtymi łanami pszenicy). Nasz gość odpowiedział jeszcze na kilka pytań i na zakończenie wspomniał swojego przyjaciela Antoniego Agopszowicza, którego zdjęcie dojrzał w holu szkoły. Nie wiedział, że był on absolwentem naszego gimnazjum, a był on też Ormianinem urodzonym we Lwowie. Wraz z rodziną przeprowadził się z Leszna do Gostynia i tutaj zdał maturę. Skończył prawo, był żołnierzem AK. Pracował na Uniwersytecie Śląskim. W 2009 roku w Katowicach ksiądz Tadeusz Isakowicz poprowadził go w ostatnią drogę.
Przed aulą można było kupić książki księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i otrzymać od niego dedykację.
Relacja i zdjęcia Aleksandra Biderman

Kwi

22

W kwietniu

Autor: Biderman Aleksandra

Jedno ze znanych przysłów mówi: „Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata.” W dniu naszego spotkania, w środę 22 kwietnia 2015r., temperatura skłaniała się do lata. Trzynastoosobową grupą wyruszyliśmy na szlak.
Przemierzaliśmy ulice Gostynia, począwszy od ulicy Mostowej do Nad Kanią, Europejską, odcinkiem Poznańskiej do Gen. Chłapowskiego. Tam w ogrodzonym lasku przy posesji państwa Stępień, żyją daniele. Zatrzymaliśmy się przy płocie, by je  poobserwować. Początkowo były nieufne,  trzymały się z daleka, ale gdy opiekunowie przynieśli im jedzenie, wybiegły. Żywią się  zielonymi roślinami, młodymi gałązkami drzew i krzewów. Mieliśmy okazję obejrzeć je w całej krasie. Na rudobrązowym ubarwieniu wzdłuż kręgosłupa mają ciemną smugę, natomiast  spód ciała jest biały. Na zadzie występuje jasna plama z ciemnym obrzeżem, tzw. lustro. Wśród stada królował samiec z pokaźnym porożem, które co roku zrzuca, zwykle w maju, a na jego miejsce wyrasta nowe. Samice nie posiadają poroża. Po obserwacji kroczyliśmy dalej, teraz ulicą G. i E. Potworowskich i Sportową, na której trwały prace przy przebudowie drogi.
Maszerując, uważnym spojrzeniem dostrzegaliśmy jak ziemia odkrywa swoje bogactwo w tym miesiącu. W ogródkach, przy posesjach i na klombach żółciły się krzewy forsycji. Pachniały piękne magnolie, tulipany, narcyzy, fiołki, sasanki, stokrotki. Przyjrzeliśmy się z bliska brzozie, która w kwietniu wytwarza duże ilości żółtego pyłku w zwisających podłużnych kotkach. Na niezagospodarowanej działce rosło dużo mleczy, przykucnęliśmy na niej pozując do zdjęcia, jakby na kobiercu utkanym z żółtych kwiatów. W ciszy i zieleni Halina przeczytała  wiersz Tadeusza Wujka pt. „Kociubki”, który mówił  o poszanowaniu przyrody.
Przebyliśmy jeszcze trochę drogi i doszliśmy do lasu oraz restauracji „Podleśna”. Podczas konsumpcji kawy lub herbaty Halina przedstawiła nam sześć powodów, dla których warto spacerować po lesie. Pomaga on w zwalczaniu stresu, zabija bakterie, pomaga się skupić, łagodzi depresje, stymuluje rozwój dzieci, poprawia odporność. Oparła się na wiedzy Magdaleny Dereweckiej. Będziemy  w takim razie korzystać z zaleceń i jeszcze częściej chodzić do lasu. Na zakończenie Tadeusz podziękował wszystkim za przybycie i poinformował nas, po sprawdzeniu na krokomierzu, że przeszliśmy 8 km  drogi.

Tekst  Maria Ratajczak
Zdjęcia Aleksandra Biderman

Kwi

21

Małym Fiatem przez Afrykę

Autor: Biderman Aleksandra

Jak Mały Fiat podbił Afrykę, opowiadał Arkady Paweł Fiedler – wnuk Arkadego Fiedlera – na spotkaniu w Bibliotece w Gostyniu 21 kwietnia 2015 r. Czytelnia dla dorosłych z trudem pomieściła przybyłych na spotkanie.
Jak podkreślił bohater spotkania, podróżowanie samochodem jest jego pasją, a „Maluch” towarzyszył mu od dziecka.
Wyruszył z Muzeum Arkadego Fiedlera w Puszczykowie w sierpniu 2014 r. do portu w Gdyni.  Afrykańska podróż rozpoczęła się we wrześniu z egipskiego portu Damietta, a zakończyła w połowie grudnia w Kapsztadzie w RPA. W czasie tej trwającej ponad trzy miesiące wyprawy Fiat 126p przejechał 16194 km, spalił 950 l paliwa, odwiedzając po drodze kraje takie jak: Sudan, Etiopia, Kenia, Uganda, Rwanda, Tanzania, Malawi, Zambia, Botswana, Namibia i RPA. Samochód był prawdziwym bohaterem i – nie licząc drobnych usterek w postaci pęknięcia paska klinowego, wymiany 2 łożysk i złapania 2 gum – nie zawiódł. Wszędzie natomiast wzbudzał sensację. Jako pierwszy samochód z Polski przejechał granicę z Egiptu do Sudanu. W Sudanie dzielnie znosił wysokie temperatury sięgające niemal 50ºC. W tym kraju podróżnik zobaczył więcej piramid niż w Egipcie, a nawet nocował wśród nich. Etiopia zaskoczyła go bujną zielonością i wspaniałymi widokami. Drogi były tu lepsze, ale za to bardzo strome podjazdy, z którymi „Maluch” radził sobie całkiem dobrze.
Jednym z najpiękniejszych i najbardziej różnorodnych regionów w Etiopii jest Dolina Omo, gdzie do dziś w trudno dostępnych zakątkach buszu mieszkają ludy, które nigdy nie zetknęły się ze współczesną cywilizacją. Najmniejszą grupą etniczną Etiopii, która zamieszkuje 3 wioski, są Karo. Lud Karo inspiruje się przede wszystkim naturą. Członkowie tego ludu wyróżniają się różnobarwnymi wzorami, którymi przyozdabiają ciała, najczęściej za pomocą kolorowej glinki. Zdobienia u mężczyzn są bogatsze niż u kobiet.  Z kolei Hamerowie, którzy żyją tak jak setki lat temu, mają włosy zaplecione w drobniutki warkoczyki . Co tydzień w Turmi, miasteczku Hamerów, odbywa się targ. Zabudowę Turmi stanowią albo okrągłe drewniane chaty, tukule, czasami pokryte wyschniętym krowim łajnem, albo budy z blaszanymi dachami. Jak powiedział nam podróżnik, Turmia niedawno została zelektryfikowana.
W Kenii samochód pana Pawła Fiedlera miał trudne do pokonania drogi, ale tam, gdzie utykały nawet duże samochody ciężarowe, Fiat 126p radził sobie dobrze, utrzymując tempo jazdy 70 km/godz. W Ugandzie podróżnik przekraczał równik. Najbardziej wymagający odcinek wyprawy  to jazda przez Ruandę i Tanzanię wzdłuż jeziora Tanganika. Było to 850 km szutru, tarki i kamieni. Utrapieniem były także muchy tse-tse. Niezapomniany widok to „rzeka” hipopotamów. Z daleka wyglądały jak ogromne głazy leżące w wodzie. Przejście graniczne do Zambii nie było w ogóle strzeżone. W Botswanie, w której żyje dużo słoni, nie było ich widać, lecz o ich obecności świadczyły pozostawione przez nie „ślady”. W Namibii jazdę zakłócały kłopoty z rozrusznikiem. Wielokrotnie trzeba było pchać samochód. Jednak wiele części zapasowych okazało się niepotrzebnych. Wyprawa zakończyła się z sukcesem na Przylądku Dobrej Nadziei. Można powiedzieć, że Maluch podbił Afrykę.
Na zakończenie swojej opowieści Arkady Paweł Fiedler zaznaczył, żre frajda podróżowania Maluchem polega na tym, że zapewnia on bezpośredni kontakt z naturą i ułatwia łamanie barier międzyludzkich.
Słuchacze bardzo żywo reagowali w trakcie prelekcji, a po jej zakończeniu zasypali podróżnika mnóstwem pytań. Gościowi podziękowano kwiatkami i drobnym upominkiem.
Relacja Halina Spichał
Zdjęcia Halina Radoła

Kwi

18

Wycieczka (z przygodami) na Śląsk

Autor: Biderman Aleksandra

Na jednodniową wycieczkę do Tarnowskich Gór i w okolice udała się w sobotę 18 kwietnia 2015 r. grupa 37 słuchaczy GUTW. Zanim wzeszło słońce, pierwsi uczestniczy wycieczki pojawili się na dworcu PKS. Poranek był zimny, ale zapowiadał dość pogodny – wbrew niekorzystnym prognozom – dzień.
Prawie wszyscy oprócz niewielkiego bagażu z wałówką dzierżyli w dłoniach parasole (tak na wszelki wypadek). Wyruszamy bladym świtem o godz. 5.30. Obserwujemy wschód słońca. Czerwona słoneczna kula powoli wyłania się nad linią horyzontu, co utwierdza nas w przekonaniu, że pogoda nam dopisze.

Po mniej więcej 2 godzinach jazdy zbliżamy się do Byczyny. Nasza przewodniczka Ewa przekazuje kilka informacji o tej miejscowości. Nazwa miasta wywodzi się od staropolskiego wyrazu byczyna, którym określano miejsce hodowli lub wypasu byków. Oznaczała ona również w staropolszczyźnie mięso z byka. Historia Byczyny sięga zamierzchłych czasów. Była ważnym grodem już we wczesnym średniowieczu. Dokładna data nadania jej praw miejskich nie jest znana. Przyjmuje się, że Byczyna została lokowana na prawie zachodnim przed 1268r. Jest to miasto zabytkowe, otoczone, niemal w całości zachowanymi, ceglanymi murami miejskimi, dzięki którym nazywane jest czasem „opolskim Carcassonne” na cześć słynnego grodu we Francji. Miasto zachowało wiele ze swego pierwotnego wyglądu. Przejeżdżamy przez miasto, ale w drodze powrotnej zatrzymamy się tu na posiłek.

Około godz. 10.00 dojeżdżamy do Tarnowskich Gór. Historia miasta jest bardzo związana z wydobyciem rud srebra, ołowiu i cynku. Nazwa  pochodzi od wsi wchłoniętej przez miasto, której nazwa wywodzi się od tarniny – Tarnowice (obecnie dzielnica – Stare Tarnowice) oraz słowa gory, co w po staropolsku oznaczało kopalnie. Na początku XX w. wyczerpały się zasoby rud i zakończyło się wydobycie kruszcu.

Na razie jednak nie zatrzymujemy się w tej górniczej miejscowości, lecz podążamy do pobliskich Piekar Śląskich. W programie mamy wejście na kopiec Wyzwolenia widoczny z dużej odległości. Nic dziwnego, skoro wznosi się ponad otoczenie – jego wysokość od podstawy wynosi 20 m. Kopiec usypany został w latach  1932 – 1937 dla uczczenia 250. rocznicy przemarszu husarii polskiej króla Jana III Sobieskiego pod Wiedeń oraz 15. rocznicy przyłączenia wschodniej części Górnego Śląska do Polski. Przewodniczka Ewa informuje, że  pod kopiec napływali liczni budowniczowie z całej Polski. Byli tu także m.in.  Wojciech Korfanty, Gustaw Morcinek i Pola Gojawiczyńska.
Wchodzimy na kopiec mimo porywistego wiatru. Warto było, gdyż z góry roztaczał się piękny widok na panoramę miasta, nad którym dominowały wieże Bazyliki Najświętszej Marii Panny i św. Bartłomieja. Oczywiście, robimy wiele pamiątkowych zdjęć i niemal zbiegamy z kopca do autobusu, pchani podmuchami wiatru.

Naszym celem jest wspomniana Bazylika, wizytówka Piekar Śląskich. Wznoszono ją w latach 1841-1846 z inicjatywy księdza Jana Nepomucena Ficka, konsekrowano w roku 1849. Znajduje się tu obraz Matki Boskiej Sprawiedliwości i Miłości Społecznej, do którego co roku pielgrzymuje kilkaset tysięcy pątników. Matka Boska Piekarska jest patronką ludzi pracy na terenach wschodniego Górnego Śląska. Czekając na przewodnika, spacerujemy wokół świątyni i przyglądamy się jej architekturze. To kościół neoromański. Wzdłuż muru kościelnego na kamiennych cokołach umieszczono wykute w kamieniu figury 12 Apostołów. Wokół świątyni według projektu Daniela Groetschla znajdują się cztery kaplice oraz Rajski Plac z piątą kaplicą św. Rafała, w której znajduje się ołtarz z pierwotnego kościoła św. Bartłomieja.  Wraz z miejscowym przewodnikiem wchodzimy do dość mrocznego wnętrza. Słuchamy opowieści o historii tego miejsca. Znana z XII-wiecznych dokumentów historycznych osada Piekary od 1303 roku posiadała niewielki drewniany kościółek pod wezwaniem św. Bartłomieja Apostoła w stylu  romańskim  W bocznym ołtarzu mieścił się wizerunek Maryi Panny nieznanego autora i fundatora. Momentem przełomowym dla dalszych dziejów tego miejsca stało się przybycie tu 20 sierpnia 1683 roku króla Jana III Sobieskiego, który zmierzając pod Wiedeń (gdzie stoczył zwycięską bitwę z wojskami wezyra Kara Mustafy), pragnął pomodlić się w piekarskim kościele. Wysłuchał mszy i właśnie przed obrazem Matki Bożej prosił o zwycięstwo. Rosnący kult maryjny pociągał za sobą takie ożywienie ruchu pątniczego w XIX wieku, że drewniany kościółek okazał się zbyt ciasny. W 1826 roku proboszczem został ks. Jan Alojzy Ficek, który postanowił wybudować nową, większą, murowaną świątynię. Budowali ją miejscowi ludzie, którzy także zbierali pieniądze na ten cel. Namalowany pod koniec XVII wieku obraz początkowo pełnił rolę kopii, po wywiezieniu oryginału, sam zajął z czasem jego miejsce i zasłynął licznymi łaskami. Właściwy obraz znajduje się jednak w Opolu.
Po wyjściu z kościoła udajemy się na miejsce zwane Kalwarią Piekarską, która mieści się na wzgórzu Cerkwica. Została wzniesiona w drugiej połowie XIX wieku. Znajduje się tu kompleks 14 kaplic Drogi Krzyżowej oraz 15 kaplic różańcowych. Jedną z kaplic Kalwarii Piekarskiej jest Pałac Heroda. Na szczycie stoi zbudowany w stylu neogotyckim kościół pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego, natomiast u podnóża  wzgórza wzniesiono pomnik papieża Jana Pawła II. Szkoda, że pogoda nie zachęcała do dłuższego spaceru po tym malowniczym terenie.
Przed nami kolejna atrakcja – zwiedzanie Muzeum Chleba w Radzionkowie. Autokar krąży po wąskich uliczkach miejscowości, pnie się w górę, to znów zjeżdża stromą dróżką. Docieramy na miejsce. Zanim powita nas twórca tego jedynego w Polsce i w  krajach Europy Wschodniej muzeum poświęconego piekarstwu i ciastkarstwu (porównywalnego jedynie z podobnymi placówkami w Niemczech, Szwajcarii i Francji), rozglądamy się po obiekcie. Zdumiewa nas ilość zgromadzonych przedmiotów, których przeznaczenie czasem trudno jest odgadnąć. Zbiory obejmują  kilka tysięcy eksponatów w postaci maszyn i urządzeń, pocztówek, zdjęć, obrazów, grafik, publikacji czy książek. Twórcę Muzeum Chleba Piotra Mankiewicza zaliczyć należy do  niezwykłych pasjonatów kolekcjonerstwa. Jak zawsze wszystko zaczęło się od niewinnego „zbieractwa” i kupowania eksponatów na targach starości, ale gdy zbiory zaczęły zajmować coraz większą przestrzeń, przyszła myśl o stworzeniu muzeum. Muzeum Chleba w Radzionkowie otwarto w 2000 roku. Jak mówi Piotr Mankiewicz, celem działalności muzeum jest przede wszystkim nauka szacunku dla chleba powszedniego, bo za tym idzie szacunek dla innych tradycyjnych wartości. Gospodarz ze swadą opowiada o zgromadzonych przedmiotach, a my próbujemy odgadywać ich przeznaczenie. Wielu z nas po raz pierwszy ma okazję zobaczyć, jak wygląda i jak brzmi szałamaja. Swoją gawędę okrasza pan Piotr licznymi przysłowiami o chlebie. Szkoda, że nie było nam dane uczestniczyć w procesie wypieku chleba.
Wracamy do Tarnowskich Gór. Zwiedzamy Zabytkową Kopalnię Srebra, która od 2004 r. jest pomnikiem historii. Na głębokości 40 m powstał szlak turystyczny o długości 1740 m i kształcie trójkąta, łączący trzy szyby: „Anioł”, „Żmija” i „Szczęść Boże”. Windą zjeżdżamy na dół. Przedtem zakładamy kaski, które okażą się potrzebne w niskim chodniku. Podziemna trasa turystyczna została udźwiękowiona w autentyczne odgłosy ciężkiej pracy gwarków, efekty zawału kopalnianego, jadących wózków i robót strzałowych.  Blisko 300 metrowy fragment trasy trzeba pokonać łodzią. W podziemiach panuje specyficzny mikroklimat o stałej temperaturze 10ºC.
Drugi obiekt zabytkowy to Sztolnia Czarnego Pstrąga – 600-metrowy fragment najdłuższej w rejonie Tarnowskich Gór sztolni odwadniającej. Trasa turystyczna znajduje się pomiędzy szybami Ewa i Sylwester. Schodzimy krętymi schodami do podziemnej przystani znajdującej się w szybie „Sylwester”. Wsiadamy do łodzi i w tajemniczej scenerii, przy świetle migocących lamp karbidowych przepływamy odcinek 600 m. Obserwujemy niewielkie, tworzące się współcześnie stalaktyty i oryginalne partie chodnika sztolniowego wykutego w skale. Do autokaru wracamy przez park Repty.
Opuszczamy Tarnowskie Góry. Mocno spóźnieni zmierzamy do Byczyny, a raczej do drewnianego grodu nad zalewem Brzózki w Biskupicach, kilka km od miasta, w którym znajduje się m.in. Polsko-Czeskie Centrum Szkolenia Rycerstwa, karczma, zbrojownia oraz odbywają turnieje. W tamtejszej karczmie czeka nas posiłek. Szkoda, że nie możemy rozejrzeć się po otoczeniu, jest już ciemno i bardzo późno.
Wycieczka dobiega końca. Nie obyło się bez „przygód”: a to autokar pojechał niewłaściwą trasą, a to uczestnicy wycieczki pobłądzili w Reptach, wracając na parking ze Sztolni Czarnego Pstrąga. Wszyscy są pełni wrażeń i zmęczeni bardzo długim dniem, dlatego w autokarze panuje senna atmosfera. Do Gostynia docieramy grubo po północy. Jednodniowa wycieczka zakończyła się więc następnego dnia.

Zrelacjonowała i wrażeniami się podzieliła Halina Spichał